The hiatus.
Ponad pół roku przerwy.. I będzie więcej.
Cóż, oficjalnie zawieszam prowadzenie obecnego tu bloga.
Odwyk jaki zaaplikowała mi szkoła w postaci zarywanych nocy dla nauki, odbił się na częstotliwości zaglądania przeze mnie na wszelakie strony internetowe. Nie miałam na to ani sił, ani ochoty. Także ten osobisty pamiętnik, dawniej będący spisem 365 dni przestał dla mnie zupełnie istnieć. I najpewniej ten stan ciągnąć się będzie przez najbliższy okres czasu, który zapowiada się jeszcze ciężej niż cała pierwsza klasa liceum. Ale to już i tak nieważne.
Pozostawiam tu dawne posty. Nie chcę ich kasować, bo w końcu jakby nie patrzeć, są jedną z ważniejszych części mnie z pewnego okresu czasu. Lubię niekiedy do nich wracać, czytać na nowo i wyszukiwać różnic w spostrzeżeniach i osądach, jak czas pokazał nie zawsze słusznych. Nieustająca analiza samego siebie. To nie zmieni się we mnie nigdy. Teraz jednak nie są potrzebne mi już cyberliterki i złudne poczucie odrębności w sieci.
A moje życie rozwija się w kierunkach, o jakich jakiś czas temu mogłam tylko pomarzyć. Nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, ale nie doceniałabym tego wszystkiego bez pewnej dozy cierpkości.
Mimo zmęczenia jestem bardzo zadowolona z tych wakacji, które niestety dobiegają końca. Zobaczyłam wiele, poznałam kilka nowych, wartościowych osób, zdobyłam nowe doświadczenie.. Niczego jednak nie osiągnęłabym sama, więc największe znaczenie ma dla mnie towarzystwo osoby, która mi w tym wszystkim pomogła. Swoimi glanami rozkopała całe fundamenty starej 'mnie' i obecne usilnie pomaga mi tworzyć nowe. I wcale nie będzie naciągnięciem twierdzenie, że jest to najlepsze co mogło mi się przytrafić. Bo na nowo zaczynam zauważać pewną dozę fantazji wśród szarej rzeczywistości która nas otacza. Ale nie chcę już pisać tu to tym. Tą historię wolę zatrzymać dla realnego życia, dla nas. Bo teraz mając przy sobie kogoś naprawdę dla mnie ważnego, zamiast czekać na nadejście nowego maila, czekam na specyficzny dźwięk połączenia telefonicznego i ten charakterystyczny głos. Realny głos. I to jest w tym wszystkim dla mnie najpiękniejsze. Jest realne. Jest naturalne.
Gdy tak tworzę tą notkę to chciałabym spisać tu wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku, bardzo przełomowych dla mnie miesięcy, ale patrzę na godzinę i wiem, że już nie mam na to czasu. Wiem że ochota na pisanie tu i tak mi przejdzie. To już chyba kolejny zamknięty dla mnie rozdział. I wiąże się to z pewnego rodzaju ulgą. Że swoje życie prowadzę w realnym świecie, że pozbyłam się złego nawyku. I nagle na twarzy pojawia się delikatny uśmiech.
Nie uciekłam jednak z Internetu. Uzależnienie od strony jaką jest Tumblr pozostało, więc jeśli komuś zależy, może mnie tam zaleźć (link z boku). Tu kontakt również pozostaje, bo zaglądam tu co jakiś czas.
Przyszłość tego bloga rysuję się póki co w ciemnych kolorach, ale mam całkiem spory zbiór swoich nowych prac malarskich i nie tylko więc może zrobię part II posta pt. "Art. [moja wątpliwa twórczość]". Wcześniej raczej się mnie nie spodziewajcie.
A więc...
Żegnam, Do zobaczenia, Sayonara.
Może kiedyś znów tu wrócę.
I życzę wam wszystkiego dobrego.
~ Miyuki aka d-dim.
listening to:
~ Enter Shikari - Constellations
[Ta piosenka bardzo zapadła mi w pamięć po Woodstock'u, gdzie dali genialny koncert]
~ Girugamesh - Incomplete
0 komentarze:
Prześlij komentarz