Closed mind..

Żyję. Nawet jeśli tylko fizycznie.. Miło mi, że ktoś tu wgl zagląda. Sama każdego dnia gdy patrzę na aktualizacje, mam ochotę otworzyć plik tekstowy, wylać tu wszystkie swoje przemyślenia, rozterki, uczucia, ale potem patrzę się na zegarek wskazujący godzinę 23:50 i rachunek jest prosty. Nie mam czasu, wolę choć na chwilę odpłynąć w mary senne, uprzednio i tak zaglądając do zeszytu z przedsiębiorczości.
Dziś zdarzył się cudowny wyjątek. Brak szkoły ze względu na konferencję nauczycieli pozwolił mi zrealizować kilka pomijanych punktów dziennych. Jestem dopiero na ich początku. Względne wyspanie do godziny 11 mogę odhaczyć. Po tej notce czas na resztę...

Odwyk postawiony samemu sobie nie jest przyjemny, ale i tak lepszy niż nakaz odgórny. Komputer, Internet... Muszę zapomnieć o czymś takim jak długie, nocne przesiadywanie na tumblr, blogach z opowiadaniami, anime.. Jeżeli w ciągu dnia włączę lapka to tylko po to aby uzupełnić zadanie domowe lub nieudolnie próbować włączyć skype dla chwili rozmowy z A. Już nawet oczy mnie bolą od patrzenia się w monitor, bo się odzwyczaiłam. Niecałe 2h dziennie przy dobrych lotach... Dla mnie ogromny przeskok. Już nawet nie chcę wspominać wakacji.. Gdzie moje dawne życie?

Pożarte przez aksjologie, kosmologie, stoicyzmy, epikureizmy i inne izmy. Zajęte przez zasady działania rynków konsumenta, producenta, prawa popytu i plany Balcerowicza. Wypełnione datami i szczegółami wydarzeń historycznych.. Tylko niewielka jego część poświęcona jest pięknej transkrypcji, translacji, pre-satDNA, zasadom pirymidynowym, telomerazie i innym biologicznym tworom. Nie wspominam nawet o chemii, bo jej prawie nie mam. Podobnie jak i biologii. I żeby było śmieszniej, jestem na rozszerzeniu biol-chem-ang. I z tego zdaję maturę rozszerzoną. Tylko 5h szkolnych + 2h dodatkowych tego języka  tygodniowo może jakoś pozytywnie wpłynąć na owy fakt. Ilość lekcji wiodących, która już przepadła wprawia mnie w stan zrezygnowania.. Za to czuję się jak na rozszerzeniu humanistycznym.. Już nawet nie chcę wspominać mojego pięknego języka polskiego, by bardziej nie psuć sobie dnia. Jedno wiem... jeśli dalej powtarzać będzie się schemat wpajania nam do głowy określonych wartości bez uwzględnienia własnego punktu widzenia, to kiedyś pierdolnę krzesełkiem o ziemię i kulturalnie wyjdę z klasy polonistycznej, w której ławki ustawione są przodem do walącego po oczach słońca. Mój poziom irytacji sięga zenitu, a dopiero rozpoczęliśmy biblię.
Swoją drogą wszystko rekompensuje mi matematyka z której mogę się tylko śmiać. I wcale nie jest to radosny śmiech. Prędzej goryczy... Wiedza iż połowa liczby 36 to 150% tej liczby i x > 1 znaczy tyle samo co x = 1 pozwoli zapewne napisać mi rozszerzoną maturę z tego przedmiotu na 100%. Już widzę te piękne korepetycje...

Dość o szkole. A przynajmniej o skrócie tych 45 min lekcyjnych poszczególnych przedmiotów. Wracając jednak do strony społecznej.. Czy ja mówiłam że liczę na porządną klasę? Zadanie do wykonania: wybić to sobie z głowy. Bajki, bujdy, pierdolenie... Co mi przysłoniło umysł? Jakim cudem ja mogłam liczyć na normalną klasę w której jest 28 dziewczyn, z czego połowa to typowe  puste laski, z zapędami facebook'owymi i zakupowymi... Mniejsza że jeszcze nie ogarniam imion. Jakoś chyba nawet nie chcę ich poznawać.. Można mi powiedzieć że to dopiero 2 miesiąc i co z tego.. Zawsze miałam smykałkę do dobrego oceniania ludzi. Do ich obserwowania i wyciągania wniosków z ich zachowań. Mimo iż jeszcze niekompletnie, to pewne wnioski wyciągnęłam. I teraz wiem, że do szkoły chodzę prawie jedynie po wiedzę, która obecnie nie jest mi do niczego potrzebna. Dlaczegóż jednak 'prawie'? Bo zacny wyjątek stanowi postać Antychrysta i jeszcze kilku bardzo nielicznych przypadków, znajdujących się na palcach mojej jednej ręki. Jednak możliwość nie chodzenia na religię przysparza tygodniowo 2h w naprawdę dobrym towarzystwie, które i tak pojawia się przy mnie na przerwach. Cieszę się że tacy ludzie jak P istnieją i że nie trzeba mieć przy nich jakieś znacznych zahamowań. Wreszcie znalazłam osobę idealną do śmiania się z podobnych rzeczy, posiadającą genialny gust muzyczny i wiele, wiele więcej. Od małego bachora lepiej dogadywałam się z chłopakami. I w sumie mnie to nie dziwi. W końcu jestem połową spedalonego mężczyzny, a na imię mi BOB ;'D Tyle w temacie..

~  . . .  ~

Chyba nauczyłam się, żeby nie pisać tu o pewnych sprawach, bo mogę mieć przez to niemiłe konsekwencje... Jednak jest to dla mnie jedynie miejsce gdzie mogę się wygadać nie zważając na to czy komuś to podejdzie do gustu czy też nie..
W stosunku do tego co dzieje się teraz w moim życiu poniekąd prywatnym... Chyba zaczynam mieć coraz większy dystans do pewnych spraw. Zaczynam się uczyć. Namiętności namiętnościami, jednak relacje nie opierają się jedynie na nich.. Przeraża mnie fakt iż wszystko potoczyło się zbyt szybko, a teraz brak jest 'normalności'... Po prostu bycia ze sobą, trwania w przyjemnej ciszy, śmiania się z rzeczy całkowicie nieważnych i beznadziejnych. Brak mi poczucia.. to się chyba nazywa poczuciem bezpieczeństwa. Brak mi wrażenia że jej zależy, choć słyszę to często. Może to przez moje fobie, przez to że kiedyś będąc zbytnio poranionym wyparłam zaufanie jakim powinnam obdarzyć ludzi mi bliskich.. Może to wina strachu i ciągłego wpajania sobie, że wszytko co złe leży po mojej stronie. Wina paskudnych nawyków i przyzwyczajeń. Niemożności wytłumaczenia własnych potrzeb względem drugiej osoby... W końcu do czasu tych wakacji byłam tylko ja z i moje myśli. Nigdy nie podejrzewałabym, że ktoś wparuje do mojego życia w glanach przy okazji rozkopując mur jaki zdążyłam sobie stworzyć. Tylko jego zbyt mocno zakorzenione  fundamenty nie chcą ruszyć się u podstaw. I to jest przyczyną obecnego stanu.. Wciąż mam wrażenie, że to moja wina. Że to ja wprowadzam ten paskudny melancholijny nastrój, podczas gdy mając dla siebie tylko jeden dzień tygodniowo powinnyśmy bardziej się nim cieszyć. Konflikt naszych natur jest aż zbytnio widoczny.. Mimo wszystko chcę w tym trwać. Chcę być z nią tak długo jak mi na to pozwoli.

- 51 dni -

~  . . .  ~

Tymczasem idę wypełniać inne punkty mojego dzisiejszego dnia. Czas zbyt szybko ucieka..
Btw.. dorobiłam się nowego telefonu, ale zdjęć jeszcze nie zgrałam więc mojej twarzy tu nie będzie póki co.
3mm w prawym uchu ♥ Do 5mm jeszcze trochę czasu upłynie. Zapuszczam kłaki do ramion.
Nowa płyta Sadie jest genialna! 


listetning to:
~ Dream Theater - The Count of Tuscany 

Ta piosenka od wczoraj nie wychodzi mi z głowy. 
I jest obecnie w całości odzwierciedleniem mojego stanu.
Ale zdecydowanie lepiej brzmi gdy ktoś gra mi ją na żywo.
Dziękuję T za wczoraj.
Naprawdę lubię twoją spontaniczność.

Zadziwiający brak poczucia winy..

0 komentarze:

Prześlij komentarz